Bliny gryczane ze śmietaną i wędzonym łososiem

Bliny to rodzaj naleśników popularnych w Rosji, na Ukrainie, Litwie oraz Białorusi. Jest wiele możliwości podania tej potrawy, tak jak różnorodne są same bliny. Naleśniki mogą być z dodatkiem drożdży lub bez. Wyrabia je się z mąki pszennej lub mieszanek np. mąki pszennej z gryczaną, pszennej z żytnią. W niektórych rejonach dodaje się do środka kaszę czy kefir.

Dawniej w kulturze słowiańskiej ze względu na swój okrągły kształt symbolizowały słońce. Później zaczęto podawać je z okazji Maslenicy – początkowo pogańskiego święta, obecnie włączonego w kalendarz obrzędowy kościoła prawosławnego. Maslenica to odpowiednik naszych ostatków, współcześnie przypada na 7 tygodni przed Wielkanocą. To czas zabawy, przyjęć no i oczywiście objadania się blinami.

Przepis na bliny gryczane nie należy do bardzo klasycznych. Jest bez dodatku drożdży i mąki pszennej. Dostałam go z Wilna od znajomych teściów wraz z dwoma innymi przepisami na bliny na bazie drożdży.

Bliny gryczane ze śmietaną i wędzonym łososiem – przepis:

200 g mąki gryczanej
400 ml kwaśnej śmietany
1 łyżeczka soli
łosoś wędzony w plastrach
kwaśna śmietana

Śmietanę dokładnie mieszamy z mąką gryczaną i solą. Rozgrzewamy patelnię z odrobiną tłuszczu (najlepiej jeśli to będzie smalec). Przy pomocy łyżki lub szprycy nakładamy na patelnię grubsze placuszki nie większe niż 5-6 cm średnicy (mąka gryczana jest dość słaba jako spoiwo, więc większe placki będą się rozpadać). Bliny smażymy na średnim ogniu aż zrobią się złociste. Podajemy je posmarowane grubą warstwą kwaśnej śmietany i ozdobione wędzonym łososiem.

Bliny gryczane ze śmietaną i łososiem, Fot. Hanami®

„Jiro śni o sushi” – recenzja filmu

Jiro ma 85 lat i mimo, że jest szefem kuchni, którego restauracja zdobyła trzy gwiazdki Michelin, to codziennie dojeżdża do pracy pociągiem. Nie uzdrawia innych lokali gastronomicznych, nie robi za eksperta w telewizyjnych konkursach gotowania, nie gra w reklamach. On po prostu skupia się na tym, co robi najlepiej, czyli na sushi.

W jego małym, urządzonym bez zbytków lokalu można zjeść bardzo klasyczne sushi ograniczające się praktycznie (z wyjątkiem np. tamago (omlet) czy maki zushi z tykwą marynowaną) do nigiri zushisushi składającego się z kulki ryżowej na którą nałożony jest kawałek ryby lub owoców morza. Za posiłek przygotowany przez szefa kuchni trzeba zapłacić co najmniej 30 000 jenów (prawie 1300 zł), ale i tak chętnych nie brakuje, gdyż wymagana jest rezerwacja z miesięcznym wyprzedzeniem.

Jiro śni o sushi (reżyseria David Gelb) to film dokumentalny pokazujący kilka dni z pracy Jiro, jego dwóch synów oraz pozostałych pracowników. Główny bohater jest bardzo japoński. To człowiek starej daty z mocnym kręgosłupem moralnym. Silny, nieugięty, twardy, wymagający oraz surowy sieje postrach, ale również wzbudza szacunek wśród współpracowników. Jest mistrzem, mimo, że sam nigdy sam o sobie tak nie mówi. Jego świat to ciągłe dążenie do perfekcji. Posiada  niezwykłe umiejętności, ale nie wymyśla nowych potraw czy nie nadaje im nazw. On skupia się na udoskonalaniu techniki przygotowywania sushi.

Wizytom na targu rybnym oraz różnym etapom przygotowywania i podawania sushi towarzyszy świetnie dobrana muzyka stworzona przez Philipa Glassa. Piękne zdjęcia, w szczególności gotowanego oraz podawanego jedzenia na długo zostaną w mojej pamięci. Ich sugestywność silnie oddziałuje na zmysły, więc nie polecam projekcji na pusty żołądek.

Jiro śni o sushi powinni obejrzeć pasjonaci Japonii, miłośnicy dobrej kuchni, a także restauratorzy i kucharze specjalizujący się nie tylko w kuchni orientalnej. Jiro bowiem pokazuje, czym jest szacunek do jedzenia, pracy i gości przychodzących na posiłek do restauracji. Uświadamia, że sztuki kulinarnej człowiek uczy się przez całe życie, a mimo to do szczytu mu jeszcze daleko. Jestem pewna, że po tym filmie, nie jedna osoba zastanowi się, czy użyć słowa sushi master w restauracji w Europie.

[youtube_video id=”XBuIihF01D4″]

Jiro śni o sushi – wydanie DVD
Reżyseria: David Gelb
Wydawca: Gutek Film
Czas trwania: 80 minut

Ciasto z mąką z czarnego, kleistego ryżu

Będąc w sklepie z żywnością orientalną, kupiłam kilka różnych mąk, wśród których znalazła się lekko fioletowa, miałka mąka z czarnego kleistego ryżu. Tę odmianę ryżu uprawia się głównie w Indonezji, Tajlandii i Chinach. Mieszkańcy Państwa Środka wyrabiają z niego makaron, w kuchni indonezyjskiej i tajskiej najczęściej stanowi on jeden ze składników deserów. Zaczęłam od ciasta. Na pierwszy front poszło połączenie fioletowej mąki z ze słowiańską, miodową nutą i wyszedł delikatny miodowy, ciemny placek.

Ciasto z mąką z czarnego, kleistego ryżu – przepis

100 g mąki z czarnego, kleistego ryżu
80 g mąki pszennej
100 g masła
100 g miodu
4 jajka
szczypta soli

Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy, dodając szczyptę soli. Rozpuszczamy masło w misce i gdy jest już płynne, dolewamy miód. Następnie dodajemy do tej masy żółtka i ponownie mieszamy. Później powoli dosypujemy przesiane przez sito mąki z czarnego ryżu oraz pszenną, a na sam koniec ubite białka. Mieszamy, aż ciasto będzie gładkie i bez grudek, po czym przelewamy do formy. Pieczemy przez 45 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni.

Ciasto z mąką z czarnego, kleistego ryżu, Fot. Hanami®

Kuchnia japońska. Fakty i mity – sushi oraz alkohole japońskie

Japońskie specjały zadomowiły się u nas na dobre. Europejczykom przypadł do gustu nie tylko smak potraw z Kraju Kwitnącej Wiśni, ale również estetyczny, ciekawy sposób ich podania. Możemy odkrywać uroki kuchni japońskiej w restauracjach i barach sushi, a dzięki szerszej dostępności produktów orientalnych, nawet spróbować upichcić coś w domu. Początkowo informacje o japońskiej sztuce kulinarnej można było wyczytać głównie w zachodnich publikacjach, dziś – w dobie Internetu wystarczy wpisać tylko odpowiednie hasło w wyszukiwarce. Niestety nie zawsze to, co znajdziemy na stronach internetowych jest zgodne z prawdą. Przez lata nagromadziło się wiele różnych poglądów i wyobrażeń na temat kuchni japońskiej. Ale zacznijmy od początku.

Sushi

Pierwsze skojarzenia związane z kuchnią japońską, jakie przychodzą na myśl przeciętnemu Polakowi to: sushi, ryż, zielona herbata i surowa ryba. Ze względu na te wyobrażenia bardzo często na pytanie: „Co to jest sushi?” bez zastanowienia błędnie odpowiadamy: surowa ryba. W tej potrawie tak naprawdę najważniejszym elementem jest ryż. Ryż przygotowany ze specjalną zaprawą z octu, soli i cukru. Ryby, owoce morza, warzywa (a od lat siedemdziesiątych XX wieku również mięso, sery czy owoce) to tylko dodatki.

Ponieważ to chyba najpopularniejsza japońska potrawa na świecie, możemy znaleźć wiele sprzecznych informacji dotyczących chociażby sposobu jej jedzenia. Liczne źródła zalecają przed rozpoczęciem konsumpcji wymieszać wasabi z sosem sojowym. Niestety taka praktyka nie należy do najbardziej eleganckich i jest przejawem nieznajomości zasad zachowania przy stole. Owy zwyczaj narodził się wraz z pojawieniem się kaitenzushi („kręcące się sushi”). Terminem tym określa się sushi (a także lokale serwujące sushi), które ustawione na talerzyku przemieszcza się po metalowej taśmie (w europejskim i amerykańskim wydaniu najczęściej są to talerzyki pływające na drewnianych łódkach). Ten typ lokali gastronomicznych nastawiony jest na duży przepływ klientów, stąd też serwowane tam jedzenie musi być jak najbardziej neutralne. W dobrych japońskich restauracjach najczęściej mamy bezpośredni kontakt z szefem kuchni, przygotowującym dla nas sushi. Wybierając coś z menu, zawsze możemy sprecyzować dokładnie jaki typ jedzenia lubimy: łagodny czy ostry. Natomiast kaitenzushi nie daje takiej możliwości. Jeżeli stwierdzimy, że nasze sushi nie jest tak ostre, jak byśmy chcieli, możemy przy pomocy pałeczek rozprowadzić odrobinę wasabi po rybie lub innym składniku. Jedząc nigirizushi, należy chwycić je pałeczkami, następnie przed zamoczeniem w sosie sojowym przechylić delikatnie tak, by kontakt z płynem miała ryba lub inny składnik znajdujący się na wierzchu. Unikniemy w ten sposób sytuacji, w której namoczony ryż wpadnie nam do naczynia na sos sojowy.

Alkohole japońskie

Japońskie potrawy dobrze jest podawać w akompaniamencie trunków pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Do wyboru mamy między innymi sake, umeshu lub japońskie piwa. Z sake sytuacja jest nieco skomplikowana bowiem w języku japońskim wyraz ten oznacza ogólnie alkohol. Mówiąc o kilkunastoprocentowym japońskim trunku na bazie ryżu (który u nas zwykło nazywać się „sake”), Japończycy używają słowa nihonshu („alkohol japoński”). Możemy podawać go na różne sposoby: na ciepło – zimą lub schłodzony – latem. Do sushi najczęściej serwuje się zieloną herbatę lub piwo (niekoniecznie produkcji japońskiej). Nihonshu pijemy przed lub po podaniu sushi, nie w trakcie konsumpcji.

Ciekawym alkoholem jest również umeshu, błędnie nazywane winem śliwkowym. Jest to bowiem nalewka japońska o delikatnym słodkim smaku i aromatycznej owocowej nucie. Podobnie jak nihonshu może być podawana na ciepło i na zimno. Nalewkę można rozcieńczać wodą (często w takiej też formie jest już sprzedawana w Polsce), napojami gazowanymi, a także podawać z lodem. Ze względu na subtelny smak alkohol ten pasuje do różnych deserów, w tym także do europejskich. Niekiedy umeshu można spotkać w sklepach pod nazwą Choya, jednakże jest to tylko nazwa jednej z firm produkujących ten alkohol (podobnie jak zwykło się mawiać na obuwie sportowe „adidasy”). Japończycy często zamiast kupować gotową nalewkę, przygotowują ją sami w domu.

Tekst ukazał się na Ugotuj.to.

Sezon truskawkowy

Już pojawiły się moje ulubione owoce. Truskawki, bo o nich mowa, znane były  w starożytności. Kiedy o nich myślę od razu nasuwa mi się obraz z pierwszego animowanego filmu o przygodach Asterixa, w którym porwany przez Rzymian Panoramix, każe przynieść sobie (poza sezonem) właśnie te owoce.

Mieszkańcy starożytnej Italii sprowadzali dzikie truskawki (z botanicznego punktu widzenia raczej poziomki) rosnące w Alpach. Indianie z Ameryki Północnej ucierali owoce w moździerzach i wyrabiali z nich truskawkowy chleb. Anglosaskie słowo streoberie używane było już około tysięcznego roku n.e. Polski wyraz truskawka pochodzi z języka jidysz od onomatopei trusk opisującej trzask towarzyszący łamaniu gałęzi i liści. Obecnie znany nam owoc powstał ze skrzyżowania poziomki wirginijskiej oraz poziomki chilijskiej – przywiezionej w 1714 przez francuskiego szpiega Amédée-François Frézier (stąd też owoce te po francusku nazywają się fraise) – przebywającego na misji w Chile i Peru.

Słodkie czerwone owoce sto dodatek licznych deserów. Jednym z najpopularniejszych są chyba truskawki a’la Romanow.  Został on opracowany przez wybitnego cukiernika Marie Antoine Carême, który czarował londyńskich i paryskich arystokratów swoimi niezwykłymi cukierniczymi cudami. Deser powstał dla cara Aleksandra I i jest to nic innego jak gniecione truskawki z bitą śmietaną i alkoholem (w zależności od wersji może to być np. dobre stare Porto albo likier pomarańczowy). Wszystkim stęsknionym za słonecznymi owocami proponuję nieco mniej carski pucharek – swojskie truskawki z bitą śmietaną.

Składniki:

500 g truskawek
250 ml śmietany kremówki 30% lub 36%
40-50 g cukru

Pozbywamy się szypułek po czym myjemy i kroimy truskawki na plasterki. Schłodzoną kremówkę ubijamy z cukrem. Deser podajemy w pucharkach.

Moutabbal – arabski, bakłażanowy dip

Kuchnia arabska jest jedną z najsmaczniejszych na świecie. Pachnąca, aromatyczna, finezyjna. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. W krajach Lewantu posiłek często rozpoczyna się od mezze – zestawu ciepłych i zimnych przystawek. Wśród nich znajdziemy również moutabbal (lub inaczej baba ghanoush) – pastę z bakłażanów. Potrawa ta popularna jest w Libanie, Syrii, Jordanie czy Egipcie. Można podawać ją do chleba pita, w polskich warunkach świetnie pasuje do grzanek, kanapek, a nawet jako dip do mięsa.

Moutabbal - arabski, bakłażanowy dip

Przepis na moutabbal:

3 duże bakłażany
2-3 ząbki czosnku
2 łyżki tahini (pasta sezamowa)
sok z połówki cytryny
sól
pieprz
oliwa z oliwek

Bakłażany myjemy i kroimy na plastry, a następnie pieczemy je przez 30-35 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (najlepiej użyć opcji grillowanie, jeśli piekarnik taką ma). Po wyjęciu oraz ostudzeniu warzyw zdejmujemy z nich skórę. Później wrzucamy je do blendera i miksujemy na gładką pastę, dodając ząbki czosnku, tahini, sok z cytryny oraz przyprawy. Moutabbal możemy przechowywać przez kilka dni w lodówce.

Komiks japoński od kuchni

Żaden kraj na świecie nie ma tak bardzo rozbudowanego działu komiksów specjalistycznych jak Japonia. Amatorzy golfa, wędkarze, prawnicy, lekarze, studenci kierunków rolniczych czy amatorzy dobrego jedzenia – każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Komiksowe serie dedykowane różnym zagadnieniom są nie tylko miłą rozrywką, ale również poruszają wiele ciekawych, często nawet bardzo szczegółowych zagadnień.

Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni uwielbiają ucztować, jak również rozmawiać o jedzeniu. Interesuje ich historia dań, uwarunkowania kulturowe, obyczaje oraz tradycje związane ze spożywaniem potraw. Co więcej nie ograniczają się tylko do poznawania rodzimych specjałów. Chętnie próbują kuchni regionalnych innych krajów, a także zgłębiają swoją wiedzę w zakresie światowej kultury żywieniowej. Upodobania te znajdują swoje odzwierciedlenie w sztuce sekwencyjnej w postaci gurume manga, czyli komiksów gourmet (francuskie słowo „gourmet” oznacza „smakosz”, „degustator”). Przewodniki po restauracjach, perypetie szefów kuchni wzbogacone ciekawymi przepisami czy popularnonaukowe rozprawy o kuchni z wątkiem sensacyjnym w tle. Raj dla smakoszy i adeptów sztuki kulinarnej.

Oishinbo (Smakosz) – komiks, którego autorami są Tetsu Kariya i Akira Hanasaki to jeden z najpopularniejszych tytułów w tej kategorii. Publikacja opowiada o perypetiach dziennikarzy kulinarnych, którzy na kartach ponad stutomowej serii (każdy z tomów liczy sobie ponad 200 stron) zabierają czytelników w podróż pełną doznań smakowych. Shirō Yamaoka i jego asystentka Yūko Kurita – główni bohaterowie – zdradzają techniki przygotowania posiłków, przytaczają ciekawostki i fakty związane z kulturą żywieniową, a wszystko to połączone jest z niezwykle realistycznymi, dopracowanymi w każdym szczególe kadrami prezentującymi potrawy oraz produkty spożywcze. Już od samego oglądania komiksu człowiek robi się głodny. Największą zaletą Oishinbo jest odpowiednie wyważenie między fikcyjną historią pełną perypetii głównych bohaterów a informacjami z zakresu kultury żywieniowej. Dzięki odpowiednio dobranym proporcjom komiks cieszy się niesłabnącą popularnością od wielu lat.

Z myślą o miłośnikach japońskiej sztuki cukierniczej Yūji Nishi oraz Terry Yamamoto stworzyli komiks zatytułowany Andō Natsu (tytuł to nazwisko i imię głównej bohaterki). Jest to seria prezentująca wagashi – japońskie słodycze. Czytelnicy, śledząc losy dwudziestoletniej protagonistki, wkraczają w świat tradycyjnej sztuki cukierniczej, pełnej tajemnic, przepisów z zamierzchłych czasów oraz maleńkich dzieł sztuki tworzonych przez mistrzów kuchni. Natsu dostaje bowiem pracę w Mangestudō – sklepie-wytwórni wagashi. Miejsce to słynie nie tylko z wyrobów dobrej jakości, ale również z silnego przywiązania do tradycji. Pękate, przyjazne twarze bohaterów, dbałość w ukazywaniu sprzętów i przyborów kuchennych oraz pięknie zaprezentowane tradycyjne słodycze to cechy charakterystyczne dla serii stworzonej przez Yūjiego Nishi oraz Terry’ego Yamamoto.

Kolejna seria, która obecnie cieszy się dużą popularnością, jest ukłonem w stronę kultury europejskiej. Komiks Kami no shizuku (Krople boga) traktuje bowiem o winie. Jego autorami są Shin Kibayashi, wydający publikację pod pseudonimem Tadashi Agi oraz Shū Okimoto. Seria bardzo szybko wzbudziła zainteresowanie poza Japonią. Od 2008 roku jest wydawana również we Francji (pierwszy tom nominowany był w 2009 w kategorii najlepszy album na Festiwalu w Angoulême), zaś w 2009 roku na jej podstawie nakręcono w Kraju Kwitnącej Wiśni serial telewizyjny, który wyświetliła Nippon Television. Komiks przyczynił się również bardzo do popularyzacji wina w Japonii. Prezentowane w nim gatunki dość szybko trafiają na listy najlepiej sprzedających się alkoholi zarówno w Japonii jak i Korei (w szczególności wpłynęło to na sprzedaż Colli di Conegliano Rosso oraz Château Mont Perat 2001).

Aspekty kulinarne pojawiają się w japońskiej sztuce komiksowej również w publikacjach obyczajowych, historycznych czy sensacyjnych. Dobrym przykładem mogą być tytuły Ristorante Paradiso czy Gente autorstwa Natsume Ono. Rysowniczka zafascynowana jest kulturą włoską. Akcja niektórych z jej prac, tak jak w przypadku wyżej wspomnianych, dzieje się we Włoszech. Natsume Ono zanim zainteresowała się sztuką sekwencyjną, wyjechała na roczne stypendium do słonecznej Italii, gdzie poza nauką języka, skupiła się również na poznawaniu lokalnej kultury. Ristorante Paradiso to ciepła historia obyczajowa, w którą wplecione są elementy kultury włoskiej (szczególnie tej kulinarnej). Świadczy o tym chociażby sam fakt, że akcja komiksu rozgrywa się w jednej z rzymskich restauracji. Nawiązania do włoskiej kultury żywieniowej są bardzo subtelne i nie mają charakteru ciekawostek czy wtrąceń kulturowych. Talerz przystawek na stole, instrukcje dotyczące przygotowywania ravioli, butelka wina, która gdzieś sobie stoi na stole. Do tego bohaterowie, którzy uwielbiają dobrą kuchnię, potrafią rozkoszować się wyszukanymi potrawami oraz równie dobrze znają się na winie. Mimo, że komiks jest typową historią obyczajową, praktycznie wszystkie pojawiające się w Ristorante Paradiso postacie spędzają wiele czasu w kuchni, a także świetnie gotują.

Kultura żywieniowa jest codziennym, nieodłącznym elementem życia Japończyków. Jest źródłem inspiracji dla mediów, stąd też nie dziwi nikogo jej wszechobecność w komiksie, który stanowi 1/3 całego rynku wydawniczego w Japonii.

Tekst ukazał się na Kulturze Liberalnej.

Babeczki z płatkami owsianymi i amarantusem

Amarantus (szarłat) jest jedną z roślin najdłużej znanych człowiekowi. Uprawiali go Inkowie oraz Aztekowie, jadany był również w Azji. Obecnie robi zawrotną karierę w kuchni europejskiej. Jest on bogatym źródłem białka, kwasów tłuszczowych, wapnia, magnezu i fosforu. To również produkt bezglutenowy. Najczęściej wykorzystuje się jego nasiona, chociaż w Chinach i Indiach jada się również jego liście. Poza zastosowaniem kulinarnym szarłat sadzi się w ogrodach jako roślinę ozdobną.

Przepis na babeczki z płatkami owsianymi i amarantusem:

250 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 jajko
szczypta soli
120 g cukru
60 g mieszanki płatków owsianych z amarantusem
200 ml mleka
3 łyżki oliwy z oliwek

Jajko ubijamy z cukrem. Następnie do mieszany dodajemy mleko oraz oliwę. W misce mieszamy mąkę, płatki, sól oraz proszek do pieczenia, a potem dodajemy płynną część składników. Przygotowaną masę rozlewamy do foremek. Masa powinna zajmować ¾ foremki. Babeczki pieczemy około 25 minut w piekarniku rozgrzanym do 190 stopni.

Babeczki z płatkami owsianymi i amarantusem, fot. Hanami®